Festiwal Szaleństwa - Wojciech Lis

PLN 47.00

Pozostało tylko: 2

Festiwal Szaleństwa - Wojciech Lis
320 stron, ilustrowana, miękka oprawa

Lektura tej książki obudziła wiele wspomnień – czasem zabawnych, czasem trochę strasznych, ale zawsze ważnych, dotyczących ludzi i wydarzeń, które ukształtowały nie tylko mnie, ale i sporą część mojego pokolenia, dorastającego w generalnie mało pociągającej rzeczywistości późnego PRL-u. Wojtek Lis wykonał tytaniczną pracę, by zachować dla potomności historię polskiej undergroundowej sceny metalowej, odszukał jej bohaterów i udokumentował jej kluczowe momenty, zapełniając tym samym istotną lukę; podjął temat pomijany dotąd przez historiografię kultury głównego nurtu. Serdecznie polecam „Festiwal szaleństwa” wszystkim tym, którzy pamiętają tamte niezwykłe czasy, a także – a może przede wszystkim – tym, którzy są za młodzi, by je pamiętać. Dla tych pierwszych będzie to sentymentalny tour de force, dla tych drugich podręcznik duchowej i kulturowej niezależności, samoorganizacji i bezinteresownego współdziałania – etosu, który pozostaje aktualny do dziś.
- Marcin Wawrzyńczak - dziennikarz i tłumacz, twórca Eternal Torment zine, jednego z pierwszych fanzinów metalowych w Polsce i zarazem jednego z najbardziej rozpoznawalnych, polskich tytułów na undergroundowej mapie świata lat 80. i początku 90.

Łezka w oku kręci się czytając „Festiwal szaleństwa”. Opisu tylu kultowych imprez, czasu narodzin i rozkwitu polskiej metalowej sceny koncertowej, bezcennych wspomnień artystów, organizatorów, dziennikarzy i fanów nie ma w żadnej innej rodzimej publikacji książkowej. Pierwsze największe rodzime festiwale rockowe i metalowe, kulisy pierwszych występów w Polsce, jeszcze w czasach słusznie minionych, takich wykonawców jak choćby Metallica, Iron Maiden, Slade, Budgie, UFO, Helloween, Running Wild, Kreator, Samael i wielu innych, to zaledwie część opisu krajobrazu raczkującego show-biznesu w Polsce opartego głównie na dobrych relacjach organizatorów i muzyków, a nie na twardym kapitalizmie i konsumpcjonizmie. Opowieść o czasach, kiedy każdy koncert się przeżywało, a nie biegało od sceny do sceny z aparatem, żeby pochwalić się znajomym. I tylko jeden zarzut: wielki niedosyt. Samych wypowiedzi Andrzeja Marca chciałoby się przeczytać z 200 stron, bo to prawdziwa skarbnica kuluarowej wiedzy muzycznej i okołomuzycznej. Piotr Luczyk kończy tam, gdzie historia dopiero się rozwija. Opowieści Jarosława „Mistera” Misterkiewcza chciałoby się czytać więcej i więcej, podobnie jak Jarosława Rybskiego i wielu innych. Tak udanego powrotu do przeszłości nie zapewniłaby nawet nowa produkcja z Michaelem J. Foxem i Christopherem Lloydem. „Festiwal szaleństwa” wypełnia lukę muzycznie dzikich czasów i zaostrza apetyt na więcej. Czyta się jednym tchem.
- Jacek Nizinkiewicz - dziennikarz i publicysta związany z "Rzeczpospolitą", autor audycji „Radioaktywni” w Radiu Nowy Świat, współpracownik miesięcznika „Teraz Rock”.

Wojtek Lis wyrósł na klasycznego historyka, kronikarza, dziejopisarza czasów niby współczesnych, a już zgoła zamierzchłych i zrozumiałych głównie dla nas. Dorosłych, starych wilków, nierzadko już nieco wyleniałych. To, co robi Mistrz Lis jest bardzo ważne dla naszej kultury. Bo to było. To się wydarzyło. Nie można tego wymazać, ani przemilczeć. W tych trudnych, pionierskich czasach znaleźli się ludzie to robiący, tworzący i tak zostało. Pro memoria. Pozostały cudne wspomnienia i stare fotografie z młodymi twarzami. Większości tzw. „normalnych ludzi” nic nie powiedzą te dziwne nazwy, loga nieczytelne i terminy. To samo z dźwiękiem szorstkim i niedoskonałym technicznie. Dla nas, czyli pokolenia lat 80. i 90. to część życia. Piękne to było. O latach świetności metalowego rękodzieła drzewiej pisał już sam Jan Długosz. Liczę na to, że kilka wieków później dzieła Woja Ciecha herbu Lis zajmą miejsca godne w lekturach szkolnych, albo i na cokołach zaszczytnych. Bo obaj opiewają, wychwalają kunszt i sukcesy rycerzy metalem się parających i sprawnie władających. Amen.
- Stanisław Antośkiewicz - animator kultury muzycznej, współtwórca ciechanowskiego S’thrash’ydła - jednego z najstarszych i cyklicznych metalowych festiwali w Polsce, a także menager Smirnoff - pionierskiej grupy polskiego undergroundu.

Sporo wydarzeń koncertowych zapadło mi w pamięci, mimo upływu czasem prawie 25 lat. Mogłem ten świat koncertowy oglądać od drugiej strony, pracując przy produkcji tras koncertowych. Te doświadczenia pozwoliły mi utwierdzić się w przekonaniu, że muzyka rockowa nie istnieje bez koncertów. One właśnie weryfikują, czasem brutalnie talent, charyzmę i tzw. iskrę bożą muzyków. W studio nagraniowym wszystko można poprawić, powtórzyć, dograć. Na koncercie jest tak, że albo masz wspomniane wyżej przymioty i jesteś w stanie zorganizować misterium, sztukę przez wielkie „S”, porwać ludzi i przenieść ich w inną rzeczywistość, albo po prostu jesteś jednym z tysięcy rzemieślników. Może i przebierasz paluchami po gryfie bardzo sprawnie. Tylko nic z tego kompletnie nie wynika.
„Festiwal szaleństwa” to trochę taka kapsuła czasu. Przenosi nas do okresu, w którym koncerty były wydarzeniami i muzycznymi i towarzyskimi. Były także świętem. Czekało się na te koncerty. Często jechało w drugi koniec Polski, aby zobaczyć ulubionego artystę. Z drugiej strony, to bardzo dobrze, że pokazana jest druga strona tych wydarzeń, już nieco mniej chwalebna, czyli bitwy, krojenie, interwencje milicji i opresja systemu komunistycznego itp.
Za największy atut książki uznaję dobór rozmówców; muzyków, organizatorów koncertów, menadżerów, dziennikarzy muzycznych. Dzięki nim poznajemy przebieg wielu koncertów i realia związane z ich realizacją. W czasach, kiedy do wielu artystów i koncertów mamy dostęp na wyciągnięcie ręki, „Festiwal szaleństwa” może być też lekturą mającą pewien walor edukacyjny. Niezależnie od tego, jakie motywacje skłoniły Was do sięgnięcia po tę książkę, gorąco polecam jej lekturę; to będzie dobrze spędzony czas!

Łukasz Szurmiński - niegdyś dziennikarz muzyczny, związany z muzycznym undergroundem, autor tekstów dla taki kapel, jak: Vader, Trauma, Dies Irae. Edytor fanzina; dziś pracownik naukowy i wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego

Wojciech Lis. Tarnobrzeżanin. Autor książek: „Metalowe wersety”, „Decybelowy obszar radiowy” i współautor „Jaskini hałasu”. Stały współpracownik Metal Hammer Polska. W przeszłości związany m.in. z Mystic Art, Zaćmieniem Słońca i Oldschool Metal Maniac Magazine. W drugiej połowie lat 90. jeszcze na maszynie do pisania tworzył własnego zina. Autor wielu biografii polskich zespołów metalowych, które ukazały się na oficjalnych wydawnictwach takich grup, jak Vader, Scarecrow, Slaughter, Hektor czy Ghost. Zdeklarowany miłośnik zupy kalafiorowej.

Wojciech Lis ma już za sobą ciekawy dorobek literacki, począwszy od archiwalnych wydawnictw, chociażby typu NNCH’zine, Daily Horror’zine, Old School Metal Maniac’zine, po przez biografie zespołów, czy książki „Metalowe wersety”, „Decybelowy obszar radiowy”, „Jaskinia hałasu”, a także stałą rubrykę „Odgruzowani” w Metal Hammer Polska, aż do najnowszej pozycji „Festiwal Szaleństwa”. A zatem stał się już niejako historykiem subkultury Metalowej.

W swojej najnowszej książce Wojciech Lis po raz kolejny zainicjował reminiscencje z minionych lat końca ubiegłego wieku, nierzadko tych wspomnień już mocno zatartych albo i prawie zapomnianych, do których każdy weteran muzyki Metalowej powróci z nostalgią, a młody adept będzie mógł poznać niezwykłe opowieści „starszych kolegów”…

„Festiwal Szaleństwa” to swoista retrospektywna podróż głównie do lat 80. i początku 90. XX wieku, przez którą prowadzi nas autor wraz z odpowiednio dobranymi bohaterami książki, wśród których byli naoczni świadkowie i uczestnicy tytułowego festiwalu szaleństwa (a w zasadzie, festiwali), czyli ówcześni pomysłodawcy, inicjatorzy i organizatorzy festiwali, koncertów muzyki Metalowej (np. Metalmania, S’thrash’ydło, Shark Attack, Drrama, Thrash Camp, Thrash Fest, Festiwal w Jarocinie), dziennikarze muzyczni, radiowcy, twórcy zine’ów, ludzie z wytwórni płytowych, promotorzy i menadżerowie tamtejszych zespołów, jak i sami muzycy wielu kapel, chociażby polskich ARMAGEDON, CORRUPTION, DAMNATION, DRAGON, EGZEKUTHOR, EXORCIST, HELL-BOR, HOLY DEATH, KAT, MERCILESS DEATH, PASCAL, QUO VADIS, REVELATION OF DOOM, SEPARATOR, SLACHING DEATH, SMIRNOFF, TRAUMA, VADER, a także zagranicznych ACCEPT, ATOMKRAFT, BULLDOZER, DISCHARMONIC ORCHESTRA, PUNGENT STENCH, SAMAEL.

Struktura treści ma formę wywiadu z każdym rozmówcą, któremu zadawane są przede wszystkim sztandarowe pytania, między innymi o pierwsze koncerty Metalowe, o różnice pomiędzy festiwalami a lokalnymi koncertami, o zjawisko tzw. krojenia. Także pytania dotyczące sprzętu, panującego klimatu, bezpieczeństwa podczas podróży i w trakcie koncertów. A przy okazji opowieści rozmówców dotyczyły wypraw na koncerty, starć z Milicją lub ze Strażą Ochrony Kolei, czy ze Skinheadami, a nawet pomiędzy samymi fanami Metalu (niczym walki plemienne).

Prawdziwość przytaczanych faktów dowodzą spójne opowieści (wręcz jak zeznania), które odsłonią ciekawe anegdoty i znane starym Metalowcom sytuacje, a zupełnie nieznane dla młodych pokoleń. Chociażby to, z jakiego miasta Metalowcy siali największy postrach na ogólnopolskich koncertach albo to, dlaczego tak ważna była znajomość składu lub dyskografii zespołu, którego emblematy nosiło się na swojej garderobie.

Ponadto książę zdobią archiwalne zdjęcia zespołów, bohaterów książki, fragmenty ówczesnych gazet i reklam koncertowych.

Dzięki temu czytając tę książkę ma się wrażenie jakby doszło do jakiegoś spotkania ze starymi Metalowcami i słuchania przeżytych zdarzeń z dawnych lat.

Dla młodych pokoleń Metalowców będzie to podróż do przeszłości. Wiele sytuacji może wywołać u nich niedowierzanie i uśmiech, ale ówcześni bohaterowie rzeczywiście przeżyli te sytuacje naprawdę i choć nie zawsze było im wówczas do śmiechu to dzisiaj wspinają to nierzadko z rozbawieniem.

„Festiwal Szaleństwa” jest idealnym uzupełnieniem poprzednich publikacji Wojciecha Lisa, „Metalowe wersety”, i „Jaskinia hałasu”.

Ówczesne bycie Metalowcem wymagało wiele trudu i poświęceń, nierzadko związanych nie tylko z ryzykiem utraty reputacji społecznej (między innymi w rodzinie, w szkole, wśród rówieśników) ale czasem nawet z rykiem utraty zdrowia. Jednak miłość do muzyki Metalowej przezwyciężała wszystkie trudy.

I nie boję się tego powiedzieć, że kiedyś bycie Metalowcem było wielką przygodą pełną poświęcenia, odwagi, może nawet i uporu, ale przede wszystkim dumy. A jak jest dzisiaj? Niech oceni to współczesne pokolenie Młodych Metalowców.

Paweł Grabowski
www.metalcentre.pl(link is external)

Festiwal Szaleństwa to sentymentalna podróż w czasie. Wyrazista i poruszająca. Stworzona przez autora Metalowych Wersetów i współautora kultowej Jaskini Hałasu, czyli entuzjastę wczesnego podziemia metalowego i specjalistę w temacie. Teraz Wojciech Lis wziął na celownik koncerty i festiwale tamtej epoki. Choć sam przyznaje na wstępie, osobiście tylko sporadycznie bawił się na występach, to z pomocą przyszli mu jego rozmówcy, stali bywalcy imprez z mocną muzą na żywo. Tym razem bowiem na książkę Lisa składa się szereg wywiadów z fanami, organizatorami czy muzykami. Omawiane są lokalne atrakcje i bardziej prestiżowe jak S’thrash’ydło czy – oczywiście − Metalmania. Przeszło 50 rozmów zapewnia spojrzenie na sprawę z każdej możliwej strony. Tym bardziej, że obok tak obcykanych osobistości jak Andrzej Marzec czy Roman Rogowiecki, swe opowieści snują muzycy Corruption, Merciless Death, Quo Vadis czy Vadera, jak również reprezentanci zespołów zagranicznych, na czele z Accept, Atomkraft czy Samaelem. Całość tworzy przede wszystkim szczery obraz. Od zaplecza, z podróży, ze sceny i spod niej. Bez ubarwień. Czuć zapach piwska i znoszonej skóry. A pojawiające się liczne opowieści o nagminnym krojeniu z kasy czy biletów przez starszych załogantów sprawiają, że akcje dziś rzadko spotykane jako żywe stają przed oczyma. Cała prawda o metalu tamtych czasów.

Łukasz Wewiór (Teraz Rock)

„Festiwal Szaleństwa” to, o ile dobrze liczę, czwarta książka Wojciecha Lisa. Niestrudzony tarnobrzeski eksplorator polskiej sceny metalowej z przełomu systemów tym razem wziął na warsztat jedną z podstawowych składowych metalowego stylu życia – koncerty i festiwale.

Za młody jestem, by chwalić się tym jak ZOMO prało mnie przed koncertem Metalliki, jak napierdalałem się ze skinheadami na dworcach czy jak kroiła mnie szczecińska brygada napotkana na mieście – nie mam też fantazji samozwańczego zbowidowca Konopnickiego, by do każdego wyjścia ze śmieciami dorabiać historię wyprawy niczym po złote runo. Ale chętnie czytam starszych, którzy dzielą się swoimi wspomnieniami z tamtego okresu. Który prehistorią niby dla mnie nie jest, jednak należy pamiętać, że czterolatkowi trudno byłoby brać udział w potyczkach z łysymi podczas koncertu Kreator. Tym chętniej zabrałem się za lekturę „Festiwalu Szaleństwa”.

Książka, tak jak poprzednie, ma formę zbioru wywiadów – jedni to lubią, inni nie. Jedni zarzucają Wojtkowi pójście po najmniejszej linii oporu i przesłanie tych samych pytań do interlokutorów, innym – jak mnie – to nie przeszkadza, bowiem uważam, że dobry rozmówca nawet z pytania o pogodę ukręci ciekawą wypowiedź. Inna rzecz, że Wojtek wykonał naprawdę tytaniczną pracę, jeśli chodzi o dotarcie do wszystkich osób, których wypowiedzi możecie znaleźć na kartach tej książki. Ale o tym za chwilę.

„Festiwal Szaleństwa” przenosi czytelnika w świat sprzed czterdziestu – trzydziestu lat. Gdy metalowa scena w Polsce była w powijakach, przez co książkę można by również zatytułować „Jak hartowała się stal”, ale ponoć już ktoś użył takiego tytułu. Na ponad trzystu stronach rozmówcy Wojtka dzielą się wspomnieniami z koncertowych wojaży, ale nie tylko. Autor nie ograniczył się tutaj jedynie do odpytania muzyków, ale co szczególnie fajne – dotarł do osób które w latach osiemdziesiątych organizowały wszelkiego rodzaju festiwale i koncerty. Stąd też w książce przeczytamy nie tylko jak smakowała wódka przepijana wodą z kranu, ale też ile zachodu (a może powinienem powiedzieć „Zachodu”) kosztowało ściągnięcie do Polski tuzów pokroju Iron Maiden czy Saxon, kto o tym decydował, kto kogo przekonywał. Czytelnik z jednej strony zostaje zaproszony za kulisy pierwszych Metalmanii, trasy Żelaznej Dziewicy czy Metalliki – a to dzięki rozmowom, jakie kolega Lis przeprowadził z organizatorami tych gigów, jak Andrzejem Marcem, Romanem Rogowieckim – jeśli chodzi o te największe spędy PRLu, nie zapomniał na szczęście też o takich ludziach jak Szymon Krause, Staszek Wójcik czy Wojtek Witkowski, dzięki czemu można dowiedzieć się tego i owego o arkanach organizacji Drrrramy, Thrash Festu czy Shark Attack Festiwal. Dzięki tym ludziom przecież tabuny metaluchów na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych mogły cieszyć się hałasem w koncertowym wydaniu.

Na szczęści nie zapomniano też o muzykach i fanach, którzy aktywnie uczestniczyli w życiu koncertowym w tamtym okresie. Co podnosi wartość tej książki – Wojtek nie ograniczył się jedynie do muzyków z Polski, ale dotarł również do takich person jak AC Wild, Alex Wank, Remi Vaucher, Michel Locher (szerzej znany jako Vodphalack) czy Mitch Harris. No i Tony Dolan! Może nie wszyscy tutaj udzielili mega długich odpowiedzi, jednakże bardzo fajnie jest porównać perspektywę muzyków z Polski, dla których deficyt wielu rzeczy w tamtym okresie był na porządku dziennym, zderzoną z szokiem kulturowym jakiego doznawały ówczesne gwiazdy odwiedzające po raz pierwszy demoludy. Ale oczywiście nie można też zapomnieć o masie muzyków z Polski, zarówno tych, którym w perspektywie poszczęściło się bardziej, jak i tych, którzy po wsze czasy zostali w podziemiu. Z ich opowieści czytelnik, który nie miał szans w tamtych czasach na udział w życiu sceny, może wyklarować sobie pewien obraz tych czasów. Czyli nieustannej groźby wpierdolu od „brata metala” albo funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej (czy też gdy miało się mniej szczęścia Zmotowyzowanych Oddwodów tejże), godzinnych podróży taborem kolejowym, spaniem na dworcach czy po krzakach – ale przede wszystkim radości, jaką niosła każda z takich wypraw, bez znaczenia czy na lokalny gig kilku kapel podczas przeglądu zespołów amatorskich, gigu kilku kapel czy dużego festiwalu. Może czasem faktycznie szkoda, że nie każdy dał wyczerpującą wypowiedź, z drugiej strony – wyszła by tu mała encyklopedia.

Wszystko okraszone jest sporą ilością zdjęć, wycinków z prasy, plakatów – nieodłącznym atrybutom opisywanego okresu. Tworzy to integralną całość i spełnia swoją funkcję – odświeżacza pamięci dla jednych, dla drugich zaś – opowieści z cyklu „,młody, kiedyś to było”. Myślę, że jedni i drudzy mogą być zadowoleni po lekturze tej książki.

Jakub Nowa

Kategoria książki